Dawno, dawno temu… gdy jeszcze pisałem w miarę regularnie na blogu, w środowisku impro panował taki spokój, że znałem nazwy większości grup impro. W poszukiwaniu warsztatów z improwizacji scenicznej można było iść długo… napotykając się tylko na krzewiaste kulki z westernowej kliszy. Od kilku lat wiele się zmieniło. W warsztatach mamy rozwojowy skok, a nauka improwizacji w Polsce chyba nigdy wcześniej nie była aż tak dostępna na wyciągnięcie ręki. Mamy kilku solidnych Polskich trenerów, regularnie na różne festiwale, z zagranicy przyjeżdżają osoby z olbrzymim doświadczeniem w temacie. Czy może być lepiej? Nic tylko się uczyć i robić to od najlepszych. Jednocześnie oprócz wielu korzyści, taka sytuacja dostarcza również kilka nowych, nieznanych wcześniej problemów. 

Jestem ćpunem? Nieee

W ostatnim czasie miałem przyjemność przeprowadzić kilkanaście rozmów z różnymi improwizatorami, którzy na warsztatach byli tutaj i tam, i w innym mieście, i na festiwalu takim i takim. Niektórzy wydają na warsztaty masę pieniędzy jeżdżąc od jednych do drugich. Chwała im za to, że chcą się rozwijać. Jednocześnie gdy te same osoby wychodzą na scenę, nie potrafią zaprezentować nowych umiejętności. Po tylu warsztatach oczekiwałbym, że dana osoba/grupa będzie po kilku miesiącach rozwalać jakąś czystą i podaną na tacy umiejętnością. Ale w większości przypadków, nie dostrzegam nawet drobnych zmian. Mam wrażenie, że jako środowisko doszliśmy do pułapu, gdzie pojawiają się warsztatowe ćpuny.

W świecie rozwoju osobistego istnieje termin „education junkie”. Czyli ćpun rozwojowy (całkiem zgrabnie opisane jest to np. tutaj). To pułapka rozwojowa w którą wpada wiele osób, które chcą nabyć nowe umiejętności. Zwykle takie osoby chodzą na masę szkoleń, kupują (i często nawet czytają) wiele książek i gromadzą tony informacji w temacie. To całkiem przyjemne. Przecież mamy poczucie, że czegoś się uczymy, coś się dzieje, znamy nowe terminy, więcej kwestii umiemy nazwać po imieniu i przede wszystkim pójście na warsztaty ma w danym momencie efekt „wow – ja właśnie robię game’a”. Nieukrywajmy, taki sukces ad hoc potrafi być bardzo przyjemny.  Więc ćpamy coraz więcej, wciągamy więcej warsztatów, czytamy więcej książek, wiemy więcej… Tylko dlaczego to wszystko nie przekłada się na scenę? Po każdych warsztatach mamy chwilowe złudzenie umiejętności. Dlaczego?

Jeden powód który włada pozostałymi…

To że coś wiesz, nie znaczy, że coś potrafisz 

Wydaje się to truizmem, ale mam wrażenie, że nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Improwizacja sceniczna opiera się głównie na naszych reakcjach. Na początku podstawową reakcją którą uczą się improwizatorzy jest akceptowanie, zamiast blokowania, oraz słuchanie zamiast korzystania z własnej głowy. Jeżeli chcesz być sprawny scenicznie, te dwie umiejętności powinieneś mieć opanowane na poziomie instynktownym. Robić je z automatu i nie musieć ich świadomie korygować. 

Jednocześnie, żeby wyrobić sobie taki nienaturalny automatyzm, trzeba tę wiedzę i umiejętności zinternalizować do poziomu działania instynktownego. Jak to robić? 

Nie ma tu prostej drogi, tu po prostu trzeba napierdalać. Systematycznie ćwiczyć i stopniowo podnosić poprzeczkę. Czy jest to przyjemne? Nie. Czy jest nużące i frustrujące? Tak. Wręcz jeżeli treningi w grupie sprawiają ci tylko frajdę i nigdy nie poczułeś znużenia, opadu witek lub frustracji, to śmiem twierdzić, że coś robisz nie tak jak trzeba. Po prostu zmiana naszych odruchów nigdy nie jest prosta i przyjemna. Gdyby tak było, to otaczali by nas tylko światowej klasy szczęśliwi specjaliści. Nie wystarczy, że będziesz wiedzieć o akceptowaniu ofert. Samo zdobycie wiedzy może być przyjemne, ale oprócz tego trzeba trochę się namęczyć poprzez systematyczną ciężką pracę.

Dlatego, moim zdaniem jeżeli ktoś jeździ na kilka warsztatów rocznie, a każdy jest z innego tematu, to wyrzuca pieniądze w błoto (zwłaszcza w kontekście warsztatów z improwizacji scenicznej). Oczywiście są też inne korzyści z warsztatów, takie jak integracja z innymi improwizatorami, wymiana doświadczeń scenicznych, nowe koleżeństwa itd… Jeżeli świadomie robisz to z tych powodów, to nic mi do tego (chociaż znam tańsze sposoby na poznanie kogoś, np. podejście i zagadanie po występie ;)). 

Bądźmy realistami!

Na nasze chwilowe potrzeby stwórzmy taką klasyczną grupę impro. Załóżmy, że jest tam sześciu improwizatorów. Którzy mają treningi raz w tygodniu, po trzy godziny każdy. W sytuacji idealnej daje to 156h treningu rocznie (52 tygodnie). Od razu możemy odjąć kilka tygodni na wakacje, kryzysy, choroby itd. Ale bądźmy optymistami i odejmijmy jedynie 6 tygodni bez treningu. Co daje nam 24 godziny. No i nie zapomnijmy, że na początku treningu są rozgrzewki, bajerka, pierdoły i spóźnienia – ale liczę to bardzo (naprawdę bardzo bardzo) optymistycznie jako 30 minut na każdym treningu. Co daje nam 26 godzin. Więc mamy oto 106 godzin rocznie (+występy, które polecam traktować również jak treningi – gdzieś to nawet kiedyś opisywałem). 

Połowa członków naszej koncepcyjnej grupy uczestniczy w różnych warsztatach festiwalowych, druga połowa w tym czasie ogarnia własne życie i liczy, że na treningach ludzie z warsztatów przekażą im wiedzę nabytą w trakcie warsztatów. Pójdźmy w jeszcze większego klasyka. Ta trójka, żeby ogarnąć więcej wiedzy i zdobyć więcej doświadczenia z warsztatów, idzie na trzy różne warsztaty do różnych trenerów – tak, żeby złapać najwięcej srok za ogon. Bo na przyszłym festiwalu ci sami trenerzy mogą się nie pojawić, więc jest to prawdopodobnie jedyna szansa. 

Po warsztatach grupa zbiera się na trening. Każdy z naszej trójki warsztatowych bohaterów przekazuje wiedzę innym. I tutaj nie oszukujmy się. Zwykle jest to powtórzenie ćwiczeń z warsztatów (przy założeniu, że ktoś pamięta większość ćwiczeń, ich założenia oraz rozumie jaki ma być ich cel – a przekazywanie wiedzy, to zupełnie inna złożona umiejętność). Wydaje mi się, że ten optymistyczny czas 106 godzin rocznie pozwala na solidnie przećwiczenie umiejętności z zaledwie z jednego festiwalu (przy założeniu, że uczestnicy potrafią przekazywać wiedzę, stworzyć ćwiczenia celowe, czyli takie które podnoszą poprzeczkę oraz, że wszyscy będę równie zaangażowani w naukę). A mówię tu tylko o roku treningu…

Brzmi słabo i brutalnie, prawda?

Natomiast rzeczywistość nie do końca jest taka straszna jak się wydaje. W praktyce można zoptymalizować cały proces, żeby wycisnąć z niego jak najwięcej. 

Co możecie zrobić jako grupa?

– Ustalcie konkretnie w jakim odcinku czasu, jakiej umiejętności się nauczycie oraz po czym stwierdzicie, że ją opanowaliście. To pierwszy i podstawowy krok do nauki jakiejkolwiek umiejętności. 

– Rozbijcie dużą umiejętność na kilka mniejszych. I ćwiczcie te małe do upadłego. Później połączycie to w całość.

– Zamiast wysyłać kilku improwizatorów po różnych warsztatach, weźcie udział całą grupą w jednych warsztatach. A następnie ćwiczcie daną umiejętność do upadłego. Pamiętajcie, że wymioty z przemęczenia nie są wymówką, tylko krótką przerwą na oddech ;)

– Uzupełnienie powyższego: Całą grupą znaczy całą grupą. Bezsensownym zabiegiem jest, gdy większość członków idzie na warsztat, a dwie osoby się wyłamują. Oczywiście, też zależy od tematyki, ale np. przy nauce game’u, jest to totalnie bez sensu. Rodzi to tylko frustrację w postaci obwiniania innych. Poza tym grupa jest tak silna jak najsłabszy zawodnik.

– Jeżeli idziecie na warsztaty, to jeszcze przed zapisem dopytajcie trenera o ewentualny zestaw ćwiczeń lub materiałów do stosowania w grupie na waszych treningach. Czy może wam coś takiego przekazać po zakończeniu warsztatów. Jak ktoś nie potrafi wam tego skonstruować lub zaoferować, to krótka piłka. Znajdźcie lepszego trenera.

– Nie poddawajcie się. Zwłaszcza gdy cały proces jest nudny i frustrujący, a efektów nie widać. Czasem wręcz widać spadek umiejętności. Jest to jak najbardziej normalny proces, który po prostu trzeba przetrwać.

Co możecie zrobić jako grupa oraz indywidualnie?

– NIE IDŹ NA ŻADNE NOWE WARSZTATY JEŻELI NIE OPANOWAŁEŚ POPRZEDNIEJ UMIEJĘTNOŚCI

 

Proponowana przeze mnie droga na pewno nie jest łatwa i przyjemna. Nie zdziwię się, jeżeli spotka się z oporem w wielu grupach. Odwieczne dylematy czy robimy impro, żeby robić je dobrze, czy żeby się głaskać po brzuszkach. Jeżeli jesteś warsztatowym ćpunem i jesteś tego świadomy i to akceptujesz, to luz. Wszystko dla ludzi. Nie każdy musi być w życiu skuteczny ;) 

PS. Tak jeszcze na koniec. Jak ktoś by chciał zaprojektować dla swojej grupy ćwiczenia, określić cele i zaplanować pracę nad nabywaniem nowych umiejętności, to polecam książkę mojego znajomego, Artura Króla (tego z którym napisałem „Praktyczną Improwizację”), „Talent nie istnieje – droga do praktycznego osiągania mistrzowskich umiejętności” – bardzo fajny workbook. Nie jest to wpis sponsorowany, po prostu swego czasu, ta książka uświadomiła czym jest ćwiczenie celowe. A w kontekście tego wpisu, wydaje mi się, że nie jednemu improwizatorowi na pewno się przyda. 

Please like & share: