11154600_1181442828609946_6424121798034285623_o

Foto by Wojtek Rojek

Kolejny festiwal improwizacji „Podaj Wiosło” za mną. Echhh, co to był za klimat. Minął tydzień, a ja dalej nie mogę się otrząsnąć.

Pisząc w zeszłym roku relację, napisałem, że festiwal w 2014 roku sponsorowały dwa słowa „kompetencja i różnorodność”. W tym roku było inaczej. Gdybym miał ująć większość tegorocznych występów w dwóch słowach, określiłbym je jako „luz i zabawa”, gdzie wydźwięk tych słów wcale nie zawsze jest bardzo pozytywny. Chociaż negatywny też nie jest. Oto jest moja rozkminka.

Dlatego forma relacji będzie inna niż w zeszłym roku.

W zeszłym roku opisywałem, czego się nauczyłem od poszczególnych grup i wyławiałem ciekawe rozwiązania z których każdy może skorzystać. Zresztą między innymi za to uwielbiam festiwale impro, ponieważ w trakcie, wiele takich rozwiązań wyciągam dla siebie i dużo się uczę. Przyznam, że w tym roku, takich rozwiązań i ogólnie technicznych aspektów impro,  trochę mi brakowało… ALE (bo zawsze jest jakieś ale), ten festiwal otworzył mi oczy na kilka aspektów robienia „impro show”, które pokazane w jednym miejscu, przez różne grupy, ukazały wiele kontrastów i w mojej opinii często te drobne rzeczy definiowały czy dany występ jest po prostu OK, czy wręcz niesamowity.

W relacji nie uwzględniam kilku grup lub wydarzeń (tylko dlatego, że zaburzyły by budowę, tego i tak długiego i zróżnicowanego tekstu) – jeżeli oczekujesz pełnego opisu wydarzeń, to najlepiej zajrzyj na relację pisaną przez whoseline.pl wszystko jest tam ujęte krok po kroku. Poniżej niektórym grupom poświęcam więcej tekstu, niektórym mniej, luźno przeskakuje pomiędzy wydarzeniami, ponieważ ważniejsze dla mnie od konkretnego opisu wydarzeń jest kilka rozważań na temat impro, które pojawiły się w trakcie tego festiwalu.

Dzień 1 – Siedem razy jeden  „Po drugiej stronie”

Festiwal otworzyła grupa siedem razy jeden w składzie: Katarzyna Piasecka, Janusz Pietruszka, Wojciech Kamiński i Przemek (Sasza) Żejmo. Pokazali autorską formę „Po drugiej stronie”, składającą się z kilku osobnych „historii” (cudzysłów specjalnie), gdzie każda kończyła się słowami „także tego” wybranymi przez publiczność. Po tych słowach improwizatorzy robili freeze, następował blackout, publiczność krzyczała inspirację w postaci miejsca i ruszała kolejna historia, która była inspirowana pozycją ciała (chociaż nie zawsze pozycje te były uzasadniane) i miejscem. Sama struktura formy, prosta, przyjemna i dająca wiele możliwości scenicznych. Pokaz był śmieszny i dynamiczny. Niestety nie było w nim budowania wciągających historii. W mojej opinii całą formę szczegółowo mogłyby określić słowa K. Johnstone’a „Improwizator, który nie opowiada historii, sam pakuje się w kierat nieustającej potrzeby znalezienia coraz to lepszego dowcipu”. I tu widać było jak na dłoni, że pokaz może być śmieszny i dynamiczny, ale bez pokazania dobrej historii, to bardziej  seria gagów, niż długa forma impro.

W trakcie formy na pierwszy plan cały czas wychodził Sasza. Nieustannie atakował historie coraz to większymi absurdami, gagami i żartami. Co prawda doprowadziło do ciekawej dynamiki, pomiędzy nim i Januszem Pietruszką, który genialnie nadawał temu wszystkiemu sens, łatał dziury i za to naprawdę wielki szacunek dla Janusza. Poza tym właśnie przez to, paradoksalnie, to Janusz wychodził z tej roli zwycięsko (tekst „sojobicie” pozostanie w mej pamięci na długo). Jednocześnie dla całości formy, w mojej opinii, samych żartów i absurdów ze strony Saszy było za dużo. Po prostu rozwalało to każdą historię. I tu pojawia się pytanie, które każdy improwizator powinien sobie zadać, a które mogłoby spokojnie towarzyszyć kilku innym formatom na tym festiwalu „czy czasem nie warto ustąpić przestrzeni innym improwizatorom?”. Co jest ważniejsze? Skupienie na sobie, czy budowanie wspólnego show? Oczywiście publiczność, będzie się śmiała z żartów… ale improwizacja to wspólne opowiadanie. Z drugiej strony widać było, że improwizatorzy z grupy Siedem razy Jeden doskonale się bawią, publiczność też się dobrze bawi, w tym sam po niektórych tekstach śmiałem się do rozpuku.

Rozrywka, techniki, czy storytelling?

 I tu nasuwa się pytanie – czy w improwizacji ważniejsza jest dobra zabawa, techniki impro, czy budowanie historii. Zostawiając już występ Siedem razy Jeden w spokoju,  wydaje mi się, że wynikowa tych trzech, jest najlepszym kryterium oceny improwizacji. Całkiem jak w oryginalnych Theatresports, gdzie jest trzech sędziów: ds. Entertainment (nie znam lepszego polskiego odpowiednika), ds. Techniki, ds. Storytellingu. Jednocześnie chyba w Polsce zapomina się o tych trzech elementach, przez co poszczególne grupy, skupiają się na swoich światach, rozwijają poszczególne umiejętności z danych kategorii, ale rzadko, wszystkie trzy jednocześnie. Jak już ktoś ćwiczy, to ćwiczy elementy doraźnie („o to jest fajne, zróbmy to”), bez większego planu. Jeżeli więc dana grupa, pokazuje swoją formę w której skupia się na dobrej zabawie, bo taką mają wizję impro, to oceniać to, czy nie? A jeżeli oceniać, to jak? Masa pytań, mało odpowiedzi, a tych pierwszych będzie jeszcze więcej…  Lećmy dalej.

Dzień 1 – ImproSkład „Krótko, szybko i antenat”

Tak tytuł krótkich form ImproSkładu wskazuje (Krótko, szybko i antenat), tak też napiszę o ich występie. ImproSkład w działaniu widziałem po raz pierwszy, oczywiście wszystkich razem, ponieważ pojedyncze osoby, pary lub trójki widziałem innych konfiguracjach, grupach itd. (W trójmieście mają pod tym kątem rozmach ;)). Jako Improskład wystąpili: Małgorzata Tremiszewska, Szymon Jachimek, Karolina Rucińska, Kacper Ruciński oraz Wojciech Tremiszewski. Oraz po raz pierwszy towarzyszył im czteroosobowy zespół muzyczny iBand.

Krótkie formy rozpoczęte i zakończone muzycznie przez Szymona Jachimka (co było bardzo dobrą kolejnością, bo stworzyło dynamiczną klamrę dla całego występu). Krótkie formy były takie jak miały być, czyli krótkie, dynamiczne i antemat. Jednocześnie pod skórą czułem, że ImproSkład mógłby dużo więcej, bardziej i dynamiczniej. To nie jest żaden zarzut, to bardziej skryte marzenie dziecka, którego tata zabrał na pyszne lody, a dziecko chciałoby jeszcze przy okazji pojeździć na kucyku. Niby super, ale pozostał u mnie jakiś egocentryczny niedosyt.

Dzień 1 – „Rozpiździel Śliwki”

Jak coś się nazywa Rozpiździel Śliwki i prowadzi to Kuba Śliwiński, to wiadomo, że będzie na scenie rozpiździel. I był. Forma w której jedna osoba jest dyktatorem (czyli Dyktaturka, Improkracji nazwana inaczej na potrzeby Śliwy) i mówi innym co mają robić, co zagrać, jak zagrać i kiedy zagrać. W umyśle Śliwy nie ma czegoś takiego jak rzeczy absurdalne, ciężkie do połatania, czy niemożliwe. W tej formie gwiazdą miał być Śliwa i długi czas był… przynajmniej do momentu, gdy znowu pojawił się Sasza ;)

W tej formie naprawdę wiele się działo. Była luźna klamra dopinająca historię, sporo absurdów, zmiany perspektywy i dobrej zabawy, ogrywanie przestrzeni, zwariowane sytuacje… tylko improwizatorzy czasem jakby nie zawsze w pełni słuchali tego co się dzieje. Choćby Karola Bulskiego (grającego na klawiszach), który sam w pewnym momencie przerwał – mówiąc, że też tu jest ze swoją muzyką. Ale jak rozpiździel, to rozpiździel.

Dzień 1 – Klub Festiwalowy, „Zgon 2 czyli Strzelby Czechowa”

Rozpiździel zakończył część „oficjalną w Teatrze Miniatura”, następnie o 23 w klubie festiwalowym, odbyła się długa forma autorstwa Wojciecha Tremiszewskiego o nazwie „Zgon 2 czyli Strzelby Czechowa”.  Na chwilę chciałbym się zatrzymać nad tą formą. Zobaczyliśmy bardzo przyjemną strukturę, gdzie jest siedem aktów, a w każdym, po dwóch improwizatorów z grup występujących na festiwalu, wciela się w te same role (w tym przypadku fotografa i jego żony). I mają kontynuować poszczególne wątki. Ostatni akt był najtrudniejszy, bo wymagał użycia wszystkich strzelb Czechowa (drobnych elementów historii, przedmiotów lub osób, które wybierała publiczność) i bezpośrednie wykorzystanie ich do uśmiercenia bohaterów.

Struktura jest bardzo ciekawa, ponieważ pozwala wystąpić wszystkim i kontynuować historię. Pewnie świetnie sprawdziłaby się na różnych dżemach i innych wielo-grupowych tworach impro. Jest jedno, ale… Improwizatorzy muszą znać podstawy konstrukcji historii. Przykładowo. W pierwszym akcie na samym początku nie trzeba od razu odnosić się do wszystkiego. Pierwszy akt mógłby być bardziej spokojny, nastawiony na oferty relacyjne, niż na nazywanie wszystkiego po imieniu. To pozwala kolejnym dwójkom uzupełniać luki, a nie tworzyć na siłę konflikty i sprawiać, że musi się coś dziać.

(Sprostowanie do przekreślonego tekstu

Po napisaniu relacji dowiedziałem się, że to jednak forma wymagała, aby improwizatorzy odnieśli się już na samym początku do ofert publiczności – w takim przypadku, działanie improwizatorów jest jak najbardziej sensowne. Przyznam, że nie wiem, czy to ja obserwując formę nie usłyszałem tych założeń, czy może nie zostały powiedziane publiczności. W każdym razie, przepraszam za wprowadzenie w błąd. )

W mojej opinii nie jest to problem formy. Wydaje mi się, że ogólnie wszędzie tam, gdzie bierze udział wiele grup i każda ma ograniczony czas na pokazanie się na scenie, następuje jakieś dziwne skrzywienie pt: „musimy się pokazać”. Co automatycznie sprowadza proces improwizacji, do mniejszego zwracania uwagi na partnerów i tego, aby całe show wyglądało dobrze. Tak było na krakowskich dżemach, tak jest na wielu festiwalach, tak jest na wielu występach, gdzie ktoś siedzi z boku i jest presja, żeby wyjść do scenki i pokazać się z jak najlepszej strony (a ta dla szerokiej gamy publiczności i improwizatorów nie zawsze idzie w parze z technikami).

Wracając do Strzelb Czechowa. Wyszły bardzo na luzie, bardzo śmiesznie i przyjemnie. Czyli tak, jak powinna wyjść forma w Klubie Festiwalowym po części oficjalnej. Nasuwa mi się tylko pytanie, czy siódmy akt, który był najtrudniejszy, bo wymagał tego, aby poprzez wybrane pojedyncze elementy z poprzednich aktów doprowadzić bezpośrednio do śmierci głównych bohaterów, jest w ogóle możliwy do sprawnego wykonania? Jak ktoś tego dokona, to chętnie się dowiem :)

Dzień 2 – Improigrzyska 

Dzień drugi rozpoczęły Improigrzyska. Czyli cztery grupy impro, każda otrzymuje łącznie 30 minut na zaprezentowanie krótkich form (w tym jednego zadania specjalnego od prowadzącego igrzyska Kacpra Rucińskiego). W improigrzyskach wzięły udział cztery grupy: Fruuu, Teraz, To Mało Powiedziane i zasłużeni zwycięzcy, czyli Żbik, którzy bardzo dobrze poradzili sobie muzycznie i chyba dynamika ich występu była najbardziej spójna (bez większych przestojów, przedłużanego tłumaczenia gier, czy po prostu okresów nudy). Naprawdę bardzo fajnie się ich oglądało.

Dzień 2 – Improkracja „Armando”

And the oscar from piątek & sobota goes to Improkracja.

Improkracja zrobiła Armando. Miałem ogromną przyjemność to Armando oglądać. Ponieważ to było piekielnie dobre Armando. Ktoś mógłby powiedzieć, że Armando jest prostą grą (i że nadużywam w tekście „armando”). I w sumie, jeżeli patrzymy na konstrukcje, to ta forma faktycznie nie jest skomplikowana. Ale większość grup wykłada się na drobnych szczegółach i niezrozumieniu założeń formy lub monologów. W przypadku tego Armando, tak nie było. To Armando było genialne. Samo wykorzystywanie elementów gry (nie gry w sensie „gry armando”, tylko gry w sensie „THE GAME” jako wzorca, który rozkłada się na poszczególne bity – echh muszę znaleźć jakiś polski odpowiednik na to określenie) było fantastyczne. Armando, to nieskomplikowany format z olbrzymim potencjałem, ale rzadko technicznie grupy z niego wyciskają ten potencjał. Improkracji się to udało.

Najbardziej trywialny przykład. Wiele osób, gdy robi w Polsce Armando wyciąga z monologu rzeczy wprost. Przykładowo. Jeżeli jest monolog o żabie, która została pocałowana przez księżniczkę, przez co zmieniła się w księcia. To zwykle z monologu wybierane są rzeczy dosłownie, np. Improwizatorzy skupiają się na słowach: żaba, księżniczka, dwór, itd. I na tych słowach budowane są historie. Natomiast wchodząc głębiej w elementy gry (w sensie wspomnianego wcześniej THE GAME), można bawić się schematami i wzorcami. Przykładowo otrzymamy wtedy księżniczkę, która chce być zamieniona w żabę lub samą relację między kimś kto bardzo chce być pocałowany, bo to odmieni jego życie – tylko ta relacja będzie już ubrana w inne postaci. I właśnie to w występie improkracji zapamiętam najbardziej, czyli wyciśnięcie elementów gry do ostatniej kropli. Doskonałe oferty w postaci delikatnych wzorców, a później ich stabilizacja i świetne wykorzystanie. Zapamiętam najbardziej, bo tak niewiele osób potrafi to dobrze robić. Wielkie WOW.

Jeżeli miałbym się bardzo, ale to bardzo czepiać, to brakowało mi tylko wisienki na torcie w postaci oprawy show, nawet zwykłego rozpoczęcia i zakończenia z większą pompą. Nie chodzi mi tu o samą improwizację, lecz wejście i wyjście ze sceny. Osobiście jednak dla mnie nie miało to większego znaczenia (bo technika liczy się dla mnie najbardziej), ale mogłoby być idealnym zwieńczeniem całości. Jak dla mnie był to najlepszy technicznie i ogólnie z występów z piątku i soboty. Nic na siłę, wszystko ogrywane a improwizatorzy grając ze sobą jakby „czytali sobie w myślach” bez żadnych zacięć i to jest właśnie najlepszy wyznacznik wspaniałej współpracy na scenie.

Dzień 2 – Histeria i goście „Quazimoda”

Zwieńczeniem  drugiego dnia był pokaz w wykonaniu Histerii i damsko męskiej obsady pozostałych grup impro. Karolina Rucińska, Małgorzata Różalska, Ewa Czernowicz i Magdalena Walaszczyk, wraz z Anetą Stokes, Dobrosławą Belą, Kasią Piasecką, Anną Wojtkowiak Williams, Małgorzatą Tremiszewską oraz panowie Tomek Marcinko, Alan Pakosz, Mateusz Płocha.

Ta forma to była swojego rodzaju parodia programów reality show skupionych w okół szeroko pojętej mody. A więc mamy w jednym domu modelki, które chcą wygrać sesję zdjęciową, dlatego też rywalizują między sobą w różnych konkurencjach (np. zadaniach z matematyki). Improwizatorzy mieli wcześniej ustalone role i to naprawdę dobre i zróżnicowane role. Każda postać była inna, miała inny charakter i znając niektórych improwizatorów zauważyłem, że zwykle był to charakter dosyć kontrastujący z tym, jak zachowują się na co dzień. Alan Pakosz zaskakująco dobrze wypadł w roli projektanta, który wyglądał jak gej i w sumie okazał się być gejem (pozdrawiam Alan ;)). W ogóle wydaje mi się, że stworzone postaci były jedną z najmocniejszych atutów Quazimody. Każdy improwizator doskonale poradził sobie z utrzymaniem się w postaci, a zderzenia poszczególnych skontrastowanych bohaterek i bohaterów doprowadzały do odpalania relacyjnych ładunków, gdzie wybuch śmiechu nie raz rozwalał publiczność na łopatki.

Po pokazie, usłyszałem od kogoś opinię, że to nie była improwizacja (ale nie w tym sensie jak zwykło się słyszeć, że wszystko było tak doskonałe więc to musiało być zaplanowane, tylko w sensie, że jak postaci były przygotowane, a filmiki wcześniej nakręcone, to to już nie jest impro). Delikatnie mówiąc, w ogóle się z tą opinią nie zgadzam. To była improwizacja i zacznijmy się przyzwyczajać do tego, że improwizacja to tak szerokie pojęcie, że dlaczego by nie przeplatać jej z przygotowanymi wcześniej elementami. Niech różnorodne formy się przeplatają, impro niech czerpie z innych form komediowych, a inne formy niech czerpią z impro. Zwłaszcza, jeżeli efekt może być tak ciekawy.

Dzień 3 – Impy

Impy, czyli grupa nerdów ze swoim światem – tak ich zapamiętałem po zeszłych Improigrzyskach na Podaj Wiosło. W tym roku robili długą formę na zasadzie kilku różnych historii, każda inspirowana innym wierszem polskiej poezji

Jak na trzy osoby, poradzili sobie z tym całkiem nieźle. Zresztą, mam takie odczucie po festiwalu, że Impy to bardzo charakterystyczna grupa impro, która ma swój świat. Nawet w formie którą pokazywali, wszystkie historie działy się w Impnie (miejscu stworzonym przez grupę). Moim zdaniem oni wszyscy tam żyją na co dzień – w pełnym pozytywnym wydźwięku tego zwrotu. Jednocześnie gdy swój świat przenoszą do innych między grupowych form, wnoszą tego świata dużo, co było widać np. w Grandfinale,  czy Rozpiździelu Śliwki, gdzie elementy historii, które dodawali nie zawsze komponowały się razem z tworzonym światem czy daną historią.

To co zauważyłem u Impów, to bardzo fajne (mam wrażenie, że świadome) zmiany postaci w poszczególnych historiach. Gdy dana historia ze stałymi bohaterami się kończyła i mieli rozpoczynać kolejną z nowymi bohateriami, automatycznie zmieniali głos i status, tak, aby nowa postać była inna od odgrywanej w poprzedniej historii. Oczywiście wiele osób z różnych grup festiwalowych w trakcie swoich pokazów również to robiła, ale u Impów było to widać jak na dłoni.

Dzień 3 – AD HOC

Występy Ad Hoc widziałem najwięcej razy (tak, też są z Krakowa, tak, dobrze się znamy, tak, cała relacja jest subiektywna, tak, z czystym sumieniem mogę napisać, że i tak dali najlepszy pokaz). Formę tworzyli na bieżąco. Bez wcześniejszych ustaleń i schematów. Po prostu mieli się wzajemnie słuchać i ten szkielet formy budować na bieżąco przed publicznością. Wyszło znakomicie. Gdyby brać pod uwagę trzy kategorie oceny jakimi są show, zasady impro i storytelling, to właśnie AD HOC we wszystkich byli znakomici. Moim zdaniem wygrali ten festiwal.

Forma była tworzona na bieżąco – to oznacza, że nie była to, żadna konkretna forma. Improwizatorzy sami mieli wpaść pojedyncze wzorce i je ustabilizować, co poszło naprawdę sprawnie, szybko i wyszło doskonale. Więc otrzymaliśmy na początku serię scen otwierających. Gdzie w każdej były po dwie postaci. Następnie, w większych scenach mieliśmy historie poszczególnych bohaterów. Znowu – mogliśmy obserwować, drobne wzorce z których stworzona jest cała forma, która spokojnie mogłaby być opisana i zagrana ponownie jako osobny długi format impro.

Ostatnia scena z piosenką w wykonaniu Jeffreya i Anety, wciągnęła mnie na maksa. To tak, jakbyś czasem oglądał film i zapomniał o całym świecie, ponieważ wciągnął cię swoim klimatem. Cudowny obrazek w którym u widza wyłącza się myślenie, bo analizowanie tylko przeszkadzałoby w odbiorze tej słodkiej impro laurki.

Właśnie tak się powinno robić impro show –  doskonała oprawa muzyczna, baner ;), odpuszczanie tam gdzie nie trzeba nic dodawać, sprawne budowanie historii, wyławianie schematów i stabilizacja drobnych elementów gry, dobra zabawa na scenie i totalne słuchanie się nawzajem.

Dzień 3 – Grandfinał

Czekałem na grandfinał z niecierpliwością. Ten z zeszłego roku ustalił poprzeczkę na najwyższym poziomie. W tym roku, był po prostu dobry. Problemem z moją oceną jest to, że gdybym nie widział finału w zeszłym roku, to obecny uznałbym pewnie za bardzo dobry. Jednak przez cholerne porównania, po prostu finał w tym roku traktuje jako dobry :)

Zacznijmy od formy – dwunastu improwizatorów na scenie to bardzo duża liczba – zwłaszcza, że każdy ma inny styl, inne umiejętności, inaczej postrzega rzeczywistość. Co zrobić, aby każdy znalazł swoje miejsce na scenie? Podzielić ich na trzy grupy, każdą po cztery osoby. I tak otrzymaliśmy formę w której trojaczki zostały rozdzielone od siebie zaraz po urodzeniu. Każda żyje w swoim świecie, ale zaczyna przeczuwać, że ktoś bliski im, gdzieś tam jest. Wraz z przebiegiem formy, okazuje się, że otoczenie w  którym żyją bliźniąta, coraz bardziej się przenika i łączy. Oczywiście pod koniec wszyscy się odnajdują.

Forma autorstwa Wojciecha Tremiszewskiego, którą improwizatorzy poznali na trzydzieści minut przed spektaklem, daje szansę wykazać się każdemu. W ogóle tu chciałbym zwrócić uwagę na to jak, świetnie Wojtek potrafi zbudować formy. Grandfinał w zeszłym roku, strzelby Czechowa i obecny grandfinał, to szkielety, które, aż chce się wypełniać treścią. Są ciekawe, w miarę proste do realizacji (no może oprócz ostatniego aktu strzelb) i dają okazję, aby każdy improwizator zadbał o inny element historii.

Wracając do samego spektaklu. Niestety, właśnie to chęć zaistnienia czasem wiele burzyła. Jeżeli na scenie jest dwanaście osób, to ktoś musi odpuścić. Nie jest możliwe, aby każdy dodawał nowe wątki. I kto odpuszczał? Ci najbardziej doświadczeni improwizatorzy. To właśnie oni nie wchodzili na siłę na pierwszy plan, ustępując miejsca innym. Gdy masz tyle osób na scenie, ktoś musi być tylko tłem, dbając o to, by to inni dobrze wyglądali. Niestety, zamiast tego, często dochodziło do zbyt wczesnego edytowania scen i tworzenia nowych rzeczy i wątków, które nie zawsze miały sens (po prostu było tego za dużo i nie było do nich później odniesienia).

Główny wątek jednak udało się domknąć i zakończyć szczęśliwie, a całą formę zakończyła Karolina Rucińska, która w momencie dużego napięcia w historii, związanego ze spotkaniem trojaczków po latach, wystrzeliła tekstem, że rosół się już rozgotował – co było przepięknym sitkomowym zakończeniem całej formy.

Podsumowując występy

W zeszłym roku festiwal był bardziej równy, a same występy nie raz powodowały u mnie opad szczęki.  W tym roku naprawdę dobrze się bawiłem. Szczerze wybuchałem śmiechem, ale z całego festiwalu najbardziej  zapamiętam występ Improkracji i Ad Hoc. Dlaczego? Ponieważ technicznie te grupy były najlepsze. Wiem, że jestem na tym punkcie skrzywiony, ale każdy ma swojego bzika. Improwizatorzy z tych grup najlepiej ze sobą (i z innymi w formach mieszanych) współpracowali, najbardziej się słuchali i tworzyli fantastyczne historie. I tu wracamy do podstaw impro, które widać również na poziomie zaawansowanym. Możesz mieć niesamowitą postać, genialny pomysł na historię, świetne żarty – ale gdy przedkładasz te elementy nad sprawianie, aby partnerzy sceniczni dobrze wyglądali, to coś zaczyna kuleć. Czasem warto usunąć się w cień, bo wtedy cały pokaz o wiele lepiej wygląda. Tego właśnie w tym roku głównie mi brakowało, ale też z drugiej strony nie przeszkadzało mi jakoś bardzo w dobrej zabawie.

Jednak nie tylko na samych występach festiwal jest zbudowany.

Organizacyjnie

Organizacyjnie wszystko było dopięte na ostatni guzik. Nawet tak drobne rzeczy jak pytanie czy pomóc w podróży z dworca do hotelu (a nie na każdym festiwalu jest to takie oczywiste). Organizatorzy jak zwykle zadbali o szczegóły i również w tym roku zostawili uczestnikom i publiczności ankiety, co można usprawnić kolejnym razem.

A tych moim zdaniem jest niewiele. Zdarzały się jakieś drobne wpadki techniczne (np. z działaniem mikrofonów w klubie festiwalowym), ale to nic wartego uwagi. Shit happens i nie przed wszystkim da się zabezpieczyć. Poza drobnymi wpadkami było doskonale.

Klimat festiwalu

Jeżeli chodzi o klimat, to Podaj Wiosło pod tym kątem rządzi wśród polskich festiwali impro. W tym roku przyjechało naprawdę wiele grup z całej polski, nie tylko tych, które wystąpiły, ale również, które przyjechały oglądać pokazy i uczestniczyć w celebrowaniu impro. Zresztą mam wrażenie, że organizatorzy Podaj Wiosło, witają wszystkie grupy z otwartymi rękami (nawet te, które nie występują) i dbają o nie na równi z występującymi (co również nie na każdym festiwalu jest oczywiste). Pierwszym z brzegu przykładem są zorganizowane impro dubbingi w których mógł wziąć udział każdy improwizator, który przyjechał na Wiosło. Takie zadbanie o całość, zaowocowało w tym roku wysypem kilku improwizatorów na metr kwadratowy w klubie festiwalowym i genialnym niezapomnianym klimatem całego festiwalu.

A propos klimatu. Balkon.

Na Podaj Wiosło w Teatrze Miniatura jest balkon, który zwykle opanowany jest przez improwizatorów oglądających pokazy. Balkon jest najbardziej udzielającą się częścią publiczności na tym festiwalu. Jak słyszałeś „Renault Clio” to był balkon, jak słyszałeś „przeproś piosenką” to był balkon. Balkon ma to do siebie, że tworzy niepowtarzalny klimat, którego nie ma nigdzie indziej. Improwizatorzy, niczym w protestach na wiejskiej potrafią skandować na całego jedno hasło, które im się akurat upierdzieliło w głowach, tym samym zagłuszając „normalną” publiczność.  I tutaj moim zdaniem jest zagwozdka dla organizatorów na przyszłoroczny festiwal. Bo z jednej strony tego skandowania jest bardzo dużo, a trzeba pamiętać, że improwizatorzy na scenie, chcieliby dać dobry pokaz, standardowa publiczność chciałaby się dobrze bawić, a nie być przytłoczona przez okrzyki z góry. Z drugiej strony, to właśnie balkon współtworzy niepowtarzalny klimat tego festiwalu. I o ile raz, czy dwa na dzień „przeproś piosenką” buduje klimat, to kilkanaście razy jest już o wiele za dużo. Znowu, jeżeli nie byłoby w ogóle balkonu, było by pewnie smutniej. Dlatego cieszę się, że nie ja muszę decydować, co z tym zrobić i jednocześnie zachęcam osoby, które będą tworzyć balkon w przyszłym roku, do większego umiaru. Pamiętajmy, że jest tam jeszcze publiczność, a nasi koledzy chcą dać dla nas wspaniały pokaz.

 Na koniec tak bardziej prywatnie. Jak zawsze przy okazji festiwali impro, przeprowadziłem wiele ciekawych rozmów (dziękuję), przeżyłem masę śmiechu (przeżyłem, bo czasem dosłownie umierałem ze śmiechu) i dobrej zabawy (dziękuję). Jestem niezmiernie szczęśliwy, że mogłem w tym wszystkim brać udział. Relacja ukazuje się tydzień po festiwalu, a ja dalej jestem zachłyśnięty klimatem Podaj Wiosło do tego stopnia, że najchętniej zamknąłbym go w baloniku i wdychał bez końca…

PS. Relacja ta była pisana z miłości do impro, a nie chęci wytykania komuś czegokolwiek

Please like & share: