Kolejne Wiosło za nami. 6 edycja przepłynęła dosyć sprawnie. Były małe wpadki (czasem za moją sprawą ;)). Jak ktoś czytał moje poprzednie relacje z ubiegłych lat z tego festiwalu, to wie, że zwykle opisy występów używam jako trampoliny, aby za mch pomocą się odbić, wyciągnąć wnioski i czegoś się nauczyć. Nie mam tutaj celu łechtać swojego ego, czy wchodzić w protekcjonalny ton (chociaż czasem pewnie wchodzę). Festiwale, to zawsze dla mnie masa inspiracji i przypomnienia o tym co w impro liczy się najbardziej. Tak więc jeżeli coś poniżej, opisuje jako słabsze czy nieudane, to pamiętajmy o dwóch kwestiach. Impro rzadko kiedy jest idealne (mam to cały czas na uwadze pisząc ten tekst), a słaby (w mojej opinii!) występ, nie jest wyznacznikiem realnych umiejętności danej grupy. Czasem po prostu, shit happens, a czasem to po prostu moja spaczona opinia.

Z tym wstępem zacznijmy od najsłabszego piątkowego występu.

Innymi Słowy (Lublin)

Grupa wystąpiła jako pierwsza na festiwalu z grą Incepcja. Tak jak w filmie z DiCaprio, scena otwierająca, była w świecie „rzeczywistym”, gdzie miał być stworzony problem, który można rozwiązać tylko za pomocą wejścia w sen i zaszczepienie głównemu antagoniście pewnej idei. Z ciężkim sercem muszę przyznać, że wyszło to słabo.
Sam pomysł na formę wydaje się być dosyć ciekawy. I chociaż były głosy, że forma jest skomplikowana, to wydaje mi się, że poziom skomplikowania formy był średni, ale niestety improwizatorzy nie ograli kluczowych elementów, przez co, trudno było z tego wybrnąć później.
Nie lubię gdybać co by było, gdyby… Bo impro na scenie jest jednorazowe. Jednocześnie ten występ jest świetnym przykładem, jak podchodzić do długich form (lub nie podchodzić). Innymi Słowy pokazali formę, w której (w moim odbiorze) najważniejsze było otwarcie. Grupa brała od publiczności problem i postać – padł komornik i czosnek. W pierwszej scenie otrzymaliśmy więc konflikt w postaci komornik kontra rolnik. Komornik był tu antagonistą, którego reszta improwizatorów później uśpiła i starała się zaszczepić myśl, że czosnek jest ważny. Tak jak wspominałem, ta pierwsza scena była kluczowa, a nie było, tam żadnego podbicia stawki. Nie dowiedzieliśmy się dlaczego idea czosnku była ważna do zaszczepienia w głowie komornika. Improwizatorzy byli nieco wycofani, zrzucali odpowiedzialność, stosowali dużo wimpingu. Gdyby tylko w pierwszej scenie padły słowa w stylu „proszę nie zabierać mi tego pola czosnku, to ostatnie co nam zostało, bez tego stracę dom i rodzinę”, czyli klasyczne podbicie stawki, to cała historia miała by szansę wciągnąć. Niestety stawka w otwarciu była niska, więc później przełożyło się to na fakt, że cała forma wyglądała miałko. Po prostu w prezentowanej historii ciężko zbudować napięcie z pierwszej sceny.

Trampolina
Dochodzę do wniosku (nie wiem jak było dokładnie w przypadku Innymi Słowy, może mieli po prostu zły dzień więc teraz tak bardziej ogólnie). Że tworząc długie formy i ćwicząc je na treningach, warto zastanowić się co jest kluczowym i niezbędnym elementem formy, a co jest efektownym dodatkiem do całości. I skupić się oczywiście na tym kluczowym elemencie. Ćwiczyć ten element, do odrętwienia mózgów i wszystkich mięśni. Trzeba przyznać, że w formacie grupy Innymi Słowy widać było inne zabiegi takie jak przenoszenie inspiracji ze sceny otwierającej do kolejnych warstw snów itd. Tylko, że w pierwszej scenie mieliśmy masę wimpingu (zrzucania odpowiedzialności, bycie nieprecyzyjnym i nie nazywanie rzeczy po imieniu), więc później trudno było coś przenieść do kolejnych bitów. Scena otwierająca była tutaj kluczem. Nie trzeba było jej ogrywać na komedię itd. To przyszłoby naturalnie później. Jak dla mnie reszta w konstrukcji tej formy powinna być tylko naturalnym dodatkiem, a otwarcie najważniejszą kwestią do przećwiczenia.

Siedem razy jeden (Zielona Góra)

Moim zdaniem najlepszy występ z piątku. Piątkowy występ wygrali spokojem. To po prostu dobrze się oglądało. Grupa wzięła dwie emocje „zawiść” i „zawstydzenie”, które w swojej formie, mieli przerysować. Było kilka scen początkowych, a później ich kontynuacja i łączenie z uwydatnieniem tych emocji. Przynajmniej wydaje mi się, że takie było założenie tej formy – bo ewidentnie na początku tego nie zrozumiałem. Jasne, mogłem się dopytać po występie, ale wtedy nie mógłbym tego opisać z perspektywy widza ;) Dlatego, jeżeli się mylę co do konstrukcji formy, to proszę o info w komentarzach.
Siedem razy jeden moim zdaniem wygrali konstrukcją postaci. Zwłaszcza Janusz Pietruszka, który był po prostu Januszem Pietruszką. Jego spokój sceniczny w połączeniu z błyskawicznymi ripostami był przekomiczny. Bierno agresywny bogacz który terroryzuje studentów, to zadatek na piękną tragikomedię. Ta improwizacja mogłaby być równie dobrze w scenariuszu jakiegoś skeczu lub kabaretu i dalej byłby to genialny obrazek (w sensie, nawet jeżeli ludzie by mieli świadomość, że coś takiego jest zaplanowane). W ogóle cała grupa świetnie się uzupełniała. Wojtek Kamiński i Kasia Piasecka bardzo fajnie aktorsko, a Sasza, jak Sasza. Dokładał jeszcze trochę swoich odlotów w postaci atakowania scen absurdami – ale w większości było to w punkt. W takiej formie było to idealnie zbalansowane i świetnie się oglądało. Nie za dużo, nie za mało.

W Trzech Osobach (Trójmiasto)

Zasady impro mamy w dupie i nie naśladujcie nas”. Zaczęło się od tego perfidnego kłamstwa wypowiedzianego przez Kacpra Rucińskiego. Kłamstwa, bo to założenie totalnie nie wyszło ;). Wojtek Tremiszewski, Kuba Śliwiński i Kacper Ruciński zrobili formę bez formy. Totalny miks wszystkiego na co akurat mieli ochotę. Powiedzieli, że mają delikatnie mówiąc wywalone na zasady impro, a jednak te kłamczuchy je stosowali ;)
Jeżeli chodzi o storytelling, to nie było go tu wiele, za to nadrabiali solidną rozrywką i o dziwo w formie bez zasad impro, nadrabiali zasadami impro ;). Jak więc wyglądało łamanie zasad impro? Najczęściej przełamywaniem czwartej ściany i prywatnymi komentarzami pomiędzy sobą lub w stronę publiczności. Improwizacja to również podnoszenie stawki w scenach, to ogrywanie przestrzeni, to postaciowanie, to akceptowanie, to akceptowanie fizyczności. To wszystko było. I pojawiało się świetnych momentach. Niektóre sceny były atakowane przez żarty i komentarze występujących – ale w moim odbiorze, tak właśnie powinno być w tej formie bez formy. Bawiłem się świetnie.

Trampolina
Co do samej formy (bez formy). Nie była to dla mnie nowość, lubię oglądać czasem taki rozpieprz sceniczny. Mam tu jednak konflikt wewnętrzny. Otóż z jednej strony taka forma jest na pewno ciekawym urozmaiceniem na festiwalu, bo pokazuje różne oblicza impro i widzowi pokazuje różnorodność, tego co można robić. Impro to wolność. Z drugiej strony, nie wiem czy nie wolałbym obejrzeć czegoś bardziej złożonego technicznie. Chciałbym być tutaj dobrze zrozumiany. Otóż, każda grupa na festiwal przygotowuje „coś specjalnego”, coś czym chcieliby się podzielić ze światem. Coś czemu poświęcają czas na przygotowanie itd. A dla mnie forma, którą wykonali w 3 osobach, mogłaby być po prostu zwykłą zapchaj dziurą bez wcześniejszego przygotowania. Jak ktoś nie był obecny na festiwalu, to chciałbym, żeby mnie dobrze zrozumiał. To było znakomite show. Publiczność świetnie reagowała. Ale gdzieś tam w trzewiach, po prostu w ramach festiwali przemawia tu moja chęć zobaczenia czegoś totalnie świeżego.

Rozpiździel Śliwy 2.0

Rozpiździel Śliwy, czyli forma reżyserowana na bieżąco przez Kubę Śliwińskiego. Kuba miał swoich improwizatorów, z którymi mógł robić co tylko zechce. Założenie było takie, żeby wejść w różne sceny i historie, a później je jakoś połatać i zrobić z tego historię. Czy łatanie wyszło? Wyszło. Było całkiem niezłe. Miałem wrażenie, że na początku wszyscy potrzebowali chwili na rozkręcenie się. Na przykład Michał Ociepa, który jest zwykle wulkanem energii, na początku sprawiał wrażenie delikatnie wycofanego. Natomiast wraz z czasem, wszystko szło coraz bardziej dynamicznie. Śliwa, słabe sceny„ubijał” w zarodku. Jak coś mu się nie podobało, to po prostu to zmieniał. Całej formie, towarzyszyła muzyka, jednocześnie wydaje mi się, że czasem zbyt nieśmiało. W moim odbiorze, muzyk czasem wymiękał. Historia za to wyszła zgrabnie, było masę fajnych gagów, piękna końcowa piosenka Wojtka Kamińskiego wraz z pantomimicznym przyszywaniem penisa w wykonaniu reszty improwizatorów (tak, nie bójmy się penisów na scenie o ile są odpowiednio ograne! :D ).
Poza tym – tu nowość – w trakcie rozpiździelu byli również hecklerzy. Heckler to termin ze świata stand-upu, oznaczający osobę, która w trakcie występu Stand-Upera przeszkadza, komentuje, w jakiś sposób dokucza. Tutaj hecklerami byli Janusz Pietruszka, Sasza i Kacper Ruciński, którzy z offu (z balkonu) przez mikrofony komentowali to co się dzieje na scenie. Coś co wykonane celowo w stand-upie świetnie się sprawdza np. w trakcie wieczorów hecklerów, sprawdziło się również w impro. Hecklerzy działali bardzo sprawnie i zwykle komentarze były w punkt. I właśnie na takie rzeczy liczę w trakcie festiwali. Nie wiem, czy było to zaplanowane wcześniej, czy wyszło jakoś naturalnie przed występem, ale ważne, że zaistniało i wyszło znakomicie.

Na tym zakończyły się piątkowe występy w teatrze miniatura. Był jeszcze after w klubie festiwalowym, ale co się dzieje na afterach, zostaje na afterach.

Sobota

Wypadałoby teraz, żebym przeszedł do opisu soboty. Ale niestety, nie będzie tu relacji z soboty. Bardzo żałuję, ale jako, że właśnie w sobotę prowadziłem Impro Sporty, to nie mogłem obejrzeć w całości występów PIP Show, Ad Hoc i Hurt Luster. Obejrzałem połowę PIP Show i widziałem kawał solidnego slow i niezłej pantomimy, ale to wszysctko co mogę napisać. Impro Sporty za to, to zupełnie inna kwestia. Im poświęcę osobny wpis (będzie jutro).
Dam Wam tylko mały spoiler – ostatnio na blogu napisałem:

Uważam, że nie ma w Polsce, żadnego, powtarzam, żadnego konkursu dla improwizatorów, który byłby dobry. Ja takiego nie widziałem. Co mamy aktualnie? No mamy albo „bitwy” grup impro, gdzie każdy głaszcze się po rączkach, a prowadzący przyznaje punkty tak, aby był remis i wygrali wszyscy.”

Kto wygrał Impro Sporty? Był remis! :D Jak do tego doszło? co wyszło znakomicie? co spieprzyłem lub co było nieodpowiednio zadbane, o tym jutro. A teraz przejdźmy do niedzieli.

Wesele Figlarza – improwizowana paraopera

Ten występ wygrał wszystko. Gdybym przejechał te 550 km do Gdańska, żeby zobaczyć tylko ten występ, to nie zawahałbym się odrazu spakować i jechać. To było po prostu coś pięknego. Wesele Figlarza, czyli pierwsza w Polsce improwizowana paraopera, której pomysłodawcą i twórcą był Huber Świątek, to było coś pięknego. Cała forma składająca się z trzech aktów w której aktorzy nie mogą mówić. Mogą tylko wyśpiewywać swoje kwestie. Muzycy nie wiedzą jaki podkład stworzą. Muszą improwizować i znaleźć melodię. Improwizatorzy na scenie, również muszą zadbać o historię, akceptować oferty, wyśpiewywać kwestie i również znaleźć melodię.
Przepiękne były momenty w których muzycy i aktorzy szukali wzajemnie wspólnej melodii. Podkłady i teksty formujące się tu i teraz w pierwszych minutach każdego nowego utworu nie zawsze ze sobą współgrały, do czasu, gdy w pewnym momencie wszyscy łapali „to coś”. Właśnie to robiło na mnie największe wrażenie i moim zdaniem te momenty pokazują prawdziwą kwintesencję improwizacji. To wspólne szukanie kierunku, błyskawiczne docieranie się i akceptacja, tak aby wspólnie stworzyć coś jednorazowego i przemijającego.
Sama historia była świetna, oferty odpowiednio zadbane, muzycznie – perfekcyjnie, kwestie – śpiewająco. Coś tam czasem zgrzytało w poprowadzeniu dalej historii i zaakceptowaniu np. Bitwy na taniec, pomiędzy jednymi z głównych bohaterów – ale w takiej skali trudności, to mało znaczący pikuś. Owacje na stojąco pod koniec mówią wszystko.
Ogólnie jaram się tym występem jak dzika surykatka i wystawiam głowę z norki, żeby wypatrywać czegoś podobnego w przyszłości! Serio. Zróbcie z tego osobny spektakl w jakimś teatrze. Nie pozwólcie temu zginąć, bo to było genialne i moim skromnym zdaniem, miałoby szansę zaistnieć szerzej w mediach.

Trampolina
Po pierwsze uwielbiam improwizacje muzyczne, po drugie uwielbiam improwizacje śpiewane, po trzecie uwielbiam improwizację sceniczną. Tu było totalne kombo, które było tak świetnie wykonane.
Ogólnie jeżeli zajmujesz się improwizacją sceniczną, to bardzo polecam, na chwilę zanurzyć się w impro muzycznym – w formie dżemów, czy innych wieloosobowych tworów. To niezwykłe, jak bardzo działają tu dokładnie te same zasady co w improwizacji scenicznej. Ba, napisałbym wręcz, że w impro muzycznym, przechodzenie od nadawania kierunku do akceptacji, zachodzi dużo płynniej i jest lepiej widoczne. Jak ktoś chciałby skosztować pysznej improwizacji muzycznej, to polecam zacząć choćby od tego (link).

Improkracja

Czy widzieliście kiedyś znakomitą scenę na pokładzie kosmicznym? Pamiętam, że taką może widziałem jeszcze za czasów Whose Line’a… Pozostałe które widziałem na żywo, były po prostu bardzo ograniczone do nieudolnych prób pokazania braku grawitacji. W przypadku improkracji zobaczyliśmy całą formę na stacji kosmicznej. Ot 40 minutowy wycinek z życia w kosmosie. Było to bardzo zgrabne i bardzo dobrze się oglądało. Improkracja w swojej formie, znalazła miejsce na drobne game’y, slow, miejscami świetną pantomimę… Czasem tylko szwankowało(?) edytowanie scen. To znaczy, że osoby edytujące poszczególne sceny, wchodziły i przerywały w połowie zdania, kolejne sceny. Nie mam pojęcia czy to było założenie formy, czy przypadek. Jeżeli założenie formy (w sensie, że pokazujemy tylko wycinek danej sytuacji i brutalnie w pół zdania przerywamy komuś), to IMO powinno być pokazane za każdym razem w ten sam sposób. Jeżeli przez przypadek, to może przydałoby się tu wykonać zabieg z wyciszaniem? To znaczy, że jeżeli improwizatorzy na scenie widzą, osobę wychodzącą z boku do edycji, to zaczynają schodzić z głośnością swoich wypowiedzi w dół.
Miałem wrażenie, że Improkracja zaczęła bardzo nieśmiało, w sensie potrzebowali chwili, żeby się rozkręcić. I nie piszę tego, pod wpływem pierwszych scen, gdzie ewidentnie były po to, aby ustabilizować rzeczywistość życia na stacji kosmicznej. Lecz mam na myśli bardzo drobne bloki, wchodzeniu sobie w słowa i pewnego tarcia na oferty – oferta którego improwizatora jest ważniejsza? Natomiast świetnie potrafili również odpuszczać. To w pierwszych minutach. Gdy już się rozkręcili, to mieliśmy piękny pokaz różnorodności zabiegów scenenicznych, postaciowania i wszystkiego co tygryski lubią najbardziej.
Jako jedna z nielicznych grup ogrywali całą scenę, nie tylko w szerz, ale również w głąb, pokazując świetnie pierwszy i drugi plan – a czasem dynamicznie przeskakiwali pomiędzy nimi. Jak dla mnie Improkracja, to najbardziej wszechstronna grupa w Polsce. Tak patrząc wstecz (gdy zadlądam do notatek z festiwali), dawniej na kolejnym każdym festiwalu prezentowali jedną solidną nową umiejętność – widać było jak na dłoni, że mocno ćwiczą daną kwestię (np. pantomimę, game’y, sceny wieloosobowe itd). Obecnie, dzięki temu wszystkiemu, pokazują szeroki repertuar umiejętności z których aktywnie korzystają – nie fiksują się na jednym zabiegu scenicznym. Niech dodatkowym punktem odniesienia, jak cholernie ciężką pracę wykonali, będzie fakt, że to jedna z bardziej licznych grup (IMO im więcej osób tym trudniej) w Polsce – a paradoksalnie, jedna z lepiej zgranych. Szacun.

Finał


W finale jak zwykle zobaczyliśmy przedstawicieli grup, które występowały na festiwalu. Finał miał kilka wątków, które pod koniec zostały zaszyte. Zgrabne zakończenie historii, która zakończyła się w idealnym momencie. Kacper Ruciński jako właściciel „Żabki” pokazał dwuminutową rolę przy której popłakałem się ze śmiechu. Widać było, że improwizatorzy przez chwilę szukają głównej osi historii, ale gdy już ją znaleźli, zaczęła się dobra zabawa. Przyznam, że nie wiem co jeszcze mogę napisać o finale. Był po prostu dobry. A moje zmęczenie na tym ostatnim występie jednak dało się we znaki, więc nie będę tu na siłę nic dodawał. To nie z lenistwa, lecz z szacunku dla czytelników i samych improwizatorów.

O samym festiwalu.

Łyżka dziegciu 
W tym roku również odbyła się łyżka dziegciu, czyli panele rozmów z improwizatorami, publicznością i wszystkimi zainteresowanymi na temat samego festiwalu i w ogóle improwizacji w Polsce. Tutaj chciałbym skomentować samą łyżkę dziegciu. W zeszłym roku wywołała we mnie skrajne emocje – był za duży chaos. Komentarze w dyskusji rodem z komentarzy pod artykułami w onecie. Grupa kilkudziesięciu osób, jedna dyskusja i masa śmieciowych tematów. Wartościowe rzeczy, ginęły w zalewie dziwnych i mało znaczących komentarzy wypowiadanych przez osoby sprawiające wrażenie ignormantów. Męczyłem się wtedy przeokrutnie.

Obecnie Łyżka Dziegciu została podzielona na kilka mniejszych grup tematycznych, co moim zdaniem sprawdziło się świetnie. Była przestrzeń na dyskusję, wnioski i udział w kilku różnych panelach (można było zmieniać grupy dyskusyjne co 15 minut, przez co każdy miał możliwość brać udział w różnych interesujących go dyskusjach). Choćby po takiej pozytywnej zmianie, widać, że organizatorzy wyciągają wnioski i za to bardzo cenię festiwal Podaj Wiosło.
Sam fakt, że Łyżka Dziegciu w ogóle istnieje i był tam panel dotyczący festiwalu, w trakcie którego padały również komentarze, nie zawsze pozytywne (część zasadnych, część moim zdaniem trochę z dupy – ale każdy ma prawo wypowiedzi – do wszystkiego też można było się odnieść). Mówi o niesamowitym podejściu organizatorów. Starają się robić to najlepiej jak potrafią. Jak coś nie wyszło, to nie boją się przyjąć tego na klatę. Wyciągają wnioski by w kolejnym roku dać lepszą wersję festiwalu. A trzeba zaznaczyć, że nie każdy organizator festiwalu (już nawet nie ograniczajmy się tutaj do impro, ale w ogóle festiwali komediowych w Polsce) ma do tego odwagę, czy w ogóle jakąkolwiek chęć.

Weronika i Wojciech – cisi bohaterowie ;). Kawał dobrej roboty!

Marzenia.
Na Łyżce Dziegciu był również temat marzeń, na kolejne edycje. I tymi marzeniami chciałbym zakończyć relację. W festiwalach impro, na scenie uwielbiam różnorodność. Różnorodność form, zabiegów scenicznych, przenikania technik impro, z dźwiękiem, światłem, tańcem i innymi formami sztuki. Na scenie w przyszłych latach chciałbym zobaczyć trochę więcej tego o czym jeszcze nie mam pojęcia, że w ogóle można to robić. Formaty o których istnieniu nie wiedzą nawet jeszcze ich przyszli twórcy. I chociaż jest to bardzo niekonkretne, to mam wrażenie, że przyszłym roku i tak coś znowu mnie zaskoczy. Bo Polscy improwizatorzy są w swoich działaniach mega kreatywni.
Poza sceną, marzy mi się dokładnie to co w tym roku. Świetna organizacja, genialni ludzie i mocna społeczność, która potrafi się wspierać, przyznawać do błędów, dyskutować, tańczyć, imprezować do rana i akceptować. Akceptować nie tylko na scenie, ale także poza nią.

Relacja jak zwykle była pisana z miłości do impro, a nie chęci wytykania komuś czegoś.

PS2. Jutro Impro Sporty – trochę masakry i mam wrażenie, że masa ciekawych informacji dla niektórych. Na przykład dlaczego platforma w minutę, to nie do końca szaleństwo :D

PS3. Komentarze mile widziane ;)

Please like & share: