Podaj Wiosło 2018 już za nami… Gdybym miał podsumować to Wiosło… to ująłbym to pewnie tak… Było spoko, ale bez fajerwerków. Jeżeli komuś taki skrót nie wystarcza, to zapraszam do lektury o tym co się działo na głównej scenie.

Na początku muszę zaznaczyć, że pewnie w tym roku, gdybym nie pisał relacji, pewnie nie pojechałbym na Wiosło. Głównie ze względu na line-up. Nie zrozumcie mnie źle. Skład grup biorących udział w Wiośle był bardzo zacny. Grupy i formacje zapowiadały się świetnie. Natomiast dla osób, które jeździły na Wiosło co roku przez ostatnie 3 lata,  nie było żadnej nowej grupy (no może oprócz 15 minutowego występu Dana i Elli oraz solówki Pawła Kukli). Po prostu, dla osób które co roku jeżdżą/jeździły na Gdański festiwal, skład był bardzo podobny do tego z lat ubiegłych. Przez co wiele osób z którymi rozmawiałem jeszcze przed festiwalem, nie wyruszyło do Gdańska. I szczerze mówiąc, jak ktoś nie pojechał w tym roku, to stracił niewiele. Ale zacznijmy od początku… czyli Piątku na głównej scenie.

Piątek

Jachimek Tremiszewski Trio

Pierwszy występ, to Szymon Jachimek i Wojciech Tremiszewski, którzy od publiczności wzięli trzy inspiracje. Miejsce akcji katamaran, postać poety i konflikt ziemniaki. Muszę przyznać, że po tym występie spodziewałem się więcej… A tu kilka rzeczy nie wyszło. Począwszy od historii, w której konflikt opierający się na ziemniakach i który niestety nie miał większej stawki. Zamiast dodawać elementy posuwający historię do przodu, ta często stawała w miejscu poprzez nieustanne krążenie improwizatorów. Forma była grana w dużej mierze na siedząco, a przestrzeń w większości scen nie była ogrywana. Do tego co chwilę stosowali atakowanie historii i zarazem czwartej ściany, które byłoby w porządku, ale w połączeniu z w/w elementami, obniżało jakość całości.
Szymon Jachimek trochę ratował to piosenkami, które były przerywnikami, ale też mam wrażenie jakby czasem te piosenki były trochę z czapy, i zamiast komentować historię, to one po prostu były.
Jedna rzecz, która moim zdaniem działała na plus tego spektaklu. To pomimo tych wszystkich słabszych elementów, improwizatorzy nie tracili energii i zapału. Akceptowali, to, że się trochę wkopali i odniosłem wrażenie, że mieli z tym luz. Dzięki temu całość miała dosyć sporą dynamikę, co prawda nie opartą na historii, lecz na samych improwizatorach, ale dała kilka śmiesznych momentów.

Improkracja

Stali bywalcy Gdańskiego festiwalu, zagrali freeform. Czyli długą formę opartą na luźnym montażu scen. Ostatnio dostrzegam, że wiele grup w Polsce robi luźniejsze formy, oparte na swobodzie działania i nie zamykaniu się w większe ramy. Niestety w większości przypadków wychodzi z tego po prostu montaż niepowiązanych scen w którym można zrobić wszystko, bo zaraz i tak będzie kolejna scenka. Improkracja, nawet grając formę na tyle swobodną, powracała do poprzednich historii i widać było tu jak na dłoni kilka dominujący wątków różnych historii. Niezmiennie mam wielki szacunek do Improkracji za zgranie w scenach wieloosobowych, tutaj przez ostatnie lata nic się nie zmieniło, nadal robią to doskonale. Świetnie ogrywana przestrzeń i trójwymiarowość scen (grają zarówno na pierwszym planie, jak i w głębi sceny, w tle), masa zwariowanych wątków i ciekawych postaci oraz współpraca sceniczna, owocują tym, że zawsze na scenie tworzą masę pięknych obrazków.
Jednocześnie, mam pewien niedosyt. Praktycznie na każdym festiwalu u Improkracji dostrzegałem jakiś nowy, jasny element, który trenowali. W tym roku, nic takiego nie dostrzegłem. Występ był znakomity, ale grupa z Wrocławia przyzwyczaiła mnie do dokładania nowych elementów, do swojego warsztatu scenicznego. Tutaj czegoś takiego nie dostrzegłem.

Kwarduplet

Następnie nastał czas kwadrupletów. Cztery grupy, po 15 minut, każda ze specjalnie przygotowaną formą. Formy te były przygotowane na podstawie inspiracji od ludu facebooka, pozostawionych na fanpage’u festiwalu. Nazwa kwarduplet, została wzięta z łowiectwa. Oznacza 4 celne strzały oddane przez myśliwego. Czy były celne? Na pewno każdy zawierał niezły ładunek, ale już z celnością bywało różnie.

Siedem razy jeden

Siódemki na podstawie słów „Carpe Diem” przygotowali formę, która w założeniu miała być oparta na dniu świstaka. Mieli wykonać 3 sceny, gdzie każda była jednym powtarzającym się początkiem dnia, który  trwał 4 minuty. I teraz mam wielką zagwozdkę. Ponieważ w samych scenach, dwie pierwsze były do siebie całkiem podobne, dopiero trzecia scena poszła w innym, nowym kierunku. Jednak jako widz, nie wiedziałem czy główny bohater był świadomy tego, że przeżywa „Dzień świstaka”. Bill Murry był świadomy i to w tym filmie był najciekawszy konflikt. IMO idealnie siadła by tu forma, w której pierwsza scena byłaby prostą historią (czyli tak jak było), w drugiej bohater zdaje sobie sprawę, że przeżywa ten sam dzień, przez co zaczyna panikować, a w trzeciej, zaczyna to wykorzystywać na swoją korzyść (lub bardziej wariuje, lub cokolwiek innego, co fajnie eskaluje poprzednie doświadczenia). Niestety. Pierwsza scena była świetną bazą. Jasno zarysowana historia. Ale w drugiej praktycznie nic się nie zmieniło. A trzecia była tak szybka i tak przewrotna, że cała idea dnia świstaka gdzieś zaginęła. Po prostu otrzymaliśmy „Restart”, gdzie osobne sceny zaczynają się w ten sam sposób, ale kończą inaczej. Albo forma nie była dobrze przemyślana, albo po prostu coś poszło nie tak na scenie (przecież to impro ;)).

Ella Gant i Dan Seyfried Duo

Kolejnym występem kwadrupletów byli Ella Gant i Dan Seyfried, którzy w konstrukcji formy inspirowali się łabędziem origami. Na tej podstawie wykonali formę, którą większość osób może kojarzyć z repertuaru grupy Ad Hoc pod nazwą „Restart”. Forma zaczęła się od pierwszej kwestii zebranej od publiczności, była to zarazem pierwsza kwestia jednej z postaci. Za każdym razem zaczynali nową scenkę od tej kwestii, a następnie historie toczyły się już swoim torem. W ten sposób otrzymaliśmy kilkanaście historii, gdzie każda zaczynała się od tej samej kwestii. Nie wiem, w jaki sposób duet od „Origami Swam” przeszedł do tej formy i światów równoległych, ale to było kawał dobrego impro. W historiach wszystko było uzasadniane, w każdej scenie, widać było solidną historię oraz fantastyczne akceptowanie ofert. Aż żal, że ten duet nie dostał na festiwalu więcej czasu na głównej scenie, bo chętnie bym zobaczył ich jeszcze w czymś dłuższym. W ogóle wydaje mi sie, że jedną z bardziej widocznych różnic między Polskim, a zachodnim impro, jest to, że na zachodzie uzasadniane jest wszystko. Jak już pada jakaś kwestia, to na niej budowana jest kolejna, i nic nie jest pomijane. Przez co, koniec końców, gdy popatrzymy na historię jako całość, żadna kwestia nie staje się zbędną. To właśnie wtedy powstaje to wrażenie „wow, to musiało być zaplanowane”.

Dwaj Panowie – Izolacja

Dwaj Panowie do konstrukcji formy wybrali słowo izolacja. Na podstawie tego słowa stworzyli spektakl, gdzie dwie osoby miały być w odosobnieniu. Ta 15 minutowa historia była genialna. Inspiracją od publiczności było słowo bunkier. Pod kątem storytellingu ta historia była świetna. Była jasna przemiana głównych bohaterów, było działanie fizyczne. Chociaż przez większość czasu improwizatorzy siedzieli, to cały czas wykonywali jakieś czynności. Świetnie zarysowane relacje. Wszystko było pięknie pokazane. Jednocześnie mam tu mały niedosyt. Nie widziałem tu zupełnie nowej formy… widziałem tu po prostu świetny występ dwóch Panów.

 

Ad Hoc

 

Ale na koniec była też grupa Ad Hoc, w okrojonym składzie (bez Anety Stokes), która przygotowała formę o Po-daje. Wydaje mi się, że najlepiej przygotowali się do kwadrupletów, tu widać było jasną inspirację i wykorzystanie na maksa hasła Po-Daje. Miał być to pierwszy odcinek serialu, składającym się z 3 aktów o „Po”. Bezrobotnym teletubisiu, który najlepsze lata swojej świetności ma już za sobą. Wyszła pięknie zagrana, trzy aktowa słodko-gorzka historia… Było przygotowane intro serialu, była przygotowana forma, która podzielona była na trzy akty, no i był przygotowany kostium samego „PO”, w którego rolę bezbłędnie wcielił się Michał Ociepa. Historia była przejrzysta, a w każdym akcie, improwizatorzy świetnie podbijali stawkę problemów głównego bohatera. 3 akty Arystotelesa podane na pięknej improwizowanej tacy. Jedyne założenie, które w moim odbiorze nie zostało spełnione, to fakt, że miał być to pilot serialu. W takim przypadku, dobrze by było, jakby główna oś konfliktu pozostała otwarta. Tutaj otrzymaliśmy całą historię od początku do końca. Wszystkie główne wątki były Po-domykane.

Ogólnie kwadruplet dla mnie, jako osoby, która uwielbia techniczno, teoretyczne rozkminy na temat budowy różnych form improwizacji, pozostawiły duży niedosyt. Pomysł był cudowny, natomiast spodziewałem się większego wykorzystania inspiracji i stworzenia czegoś nowego (lub może nie tyle nowego, co bardziej uzasadnionego przez inspiracje). A tu otrzymałem solidne występy, ale oprócz grupy Ad Hoc, żaden format (w aspekcie jego przygotowania lub wykorzystania inspiracji) nie zrobił na mnie większego wrażenia. Co innego sama treść wypełniająca te formaty, ta w większości przypadków była na fajnym poziomie i dała mi wiele radości.

Sobota

Impy

Impy z warszawy zaprezentowali formę Fiasko, która została stworzona na podstawie gry RPG. Tyle usłyszałem, i tyle tylko wiem, na temat konstrukcji tej formy. Bo ponad to, była to po prostu liniowa historia, która rozgrywała się w pewnym wielkim laboratorium, które miało kilka sekcji. Impy pokazały ciekawą historię rywalizacji poszczególnych sekcji laboratorium. Grając w trójkę, bardzo fajnie postaciowali w kontrastujący sposób. W każdym momencie historii wiedziałem który improwizator, jaką postać gra. Było tu dużo działania fizycznego i przyjemne ogrywanie przestrzeni. Przez pierwszą połowę spektaklu sceny były trochę za bardzo rozwlekane (co nie znaczy, że nie były ciekawe!), ponieważ, pod sam koniec musieli mocno przyśpieszyć, aby doszło do punktu kulminacyjnego.
Była też jedna scena z dzieckiem, która byłaby sceną genialną, gdyby tylko nie ten zapinany rozporek pod koniec. Czasem większą moc ma niedopowiedzenie. Ale pomimo tego, cały występ bardzo przyjemnie się oglądało i uważam, że był to jeden z bardziej charakterystycznych występów w trakcie festiwalu.

Siedem razy Jeden

Siedem razy Jeden z Zielonej Góry, przedstawiła „Shaker”, czyli formę w której akcja rozpoczyna się od jakiegoś wstrząsającego zdarzenia. Inspiracją od publiczności był wybuchu gazu. Forma była praktycznie całkowicie przegadana, a od połowy spektaklu nie bardzo miałem pojęcie co jest główną osią fabuły. Bardzo lubię tę czwórkę, pod kątem komediowym potrafią dać naprawdę kawał dobrego show, natomiast mam wrażenie, obserwując ich na ostatnim Wiośle i Improfeście, że trochę jakby stanęli w miejscu. Myślę, że są świetnymi komikami, niektóre dialogi, zwłaszcza na początku, świetnie żarły. Ale z innymi technikami impro już trochę gorzej. A w długich formach improwizacji scenicznej, chcąc nie chcąc, najważniejsza jest historia.

Paweł Kukla

Następnie była jedyna solówka na festiwaliu, w wykonaniu Pawła Kukli. Paweł zagrał spektakl zaczynając od słowa „Serio?”. I to bardzo dobry spektakl. Miałem pewne obawy przed tym występem. Głównie czy Paweł wytrzyma 40 minut na scenie, nie tracąc uwagi publiczności. Wytrzymał i to jeszcze jak. W pojedynkę 40 minut na scenie, nie blokując się wewnętrznie, postaciując, akceptując oferty, ogrywając przestrzeń i dając przy tym bardzo ciekawy spektakl, to jest nie lada wyczyn. Przy czym miałem wrażenie, że nic tutaj nie było „na siłę”. Kolejne skojarzenia, a zarazem sceny wydawały mi się bardzo naturalnym i szczerym ciągiem. Było kilka momentów świetnych punchy, była masa skojarzeń z dzieciństwa, było komentowanie spraw bieżących. Było to po prostu pyszne i chciałbym zobaczyć Pawła ponownie, bo podejrzewam, że ma jeszcze wiele do pokazania.

Ad Hoc

Pozostając w metaforach spożywania, ostatnim kąskiem na głównej scenie w sobotę była grupa Ad Hoc. Jako jedyna grupa w trakcie festiwalu pokazała krótkie formy. Przedstawili serię swoich „autorskich” (np. Dragons Den) lub lekko zmodyfikowanych gier impro (np. „Rapowałbym to”). Ten występ był szybki, dynamiczny, bardzo śmieszny. Nawet nie wiem kiedy zleciało te 40 minut. Zaczęli od dynamicznego wejścia z oprawą muzyczną, zapowiedzią narratora i jak zwykle z rollupami :). I jak to w krótkich formach, niektóre scenki żarły bardziej, niektóre mniej. Natomiast był to idealny wybór na zakończenie soboty. W ogóle wydaje mi się, że grupa Ad Hoc w swoim podejściu do impro, w świetny sposób pokazuje, że impro może mieć wiele twarzy. I nie ważne którą z nich pokazują, to najważniejsze jest odpowiednie przygotowanie i zrozumienie mechaniki formatu czy gry. Chciałbym, żeby takie techniczne podejście miało więcej grup w Polsce. A grupa Ad Hoc jest na to najlepszym przykładem, że nawet do improwizacji, ważne jest dobre przygotowanie.

 

Niedziela

Wymywammy

Improwizatorki z Bydgoskiej grupy Wymywammy zagrały spektakl „Być może a propo”. Była to kolejna długa forma oparta na luźnym montażu scen, które czasem do siebie nawiązywały, a czasem nie. Było tu miejsce na kilka fajnych dialogów między postaciami, było kilka niezłych scen zbiorowych, natomiast cały spektakl był baaaaaaaaaardzo powolny. Chyba najbardziej brakowało mi tu dynamiki, a przy niedzielnym festiwalowym zmęczeniu materiału, ta energia by się bardzo przydała. Co do samej formy, nie widziałem tu jasnej osi scen, czy dłuższej historii. Niektóre sceny były pozostawiane bez żadnych konsekwencji (być może to było zamierzone – nie wiem). Przyznam, że nie wiem co więcej mógłbym napisać o tej formie.

 

 

Damy na Pany
Zagrali serię różnych historii, które zawsze zaczynały się od zdania „Dzisiaj będzie inaczej”. Na wstępie zaznaczę, że wcześniej skład Damy na Pany widziałem tylko w formacji „Przyjezdni”, gdzie brakowało mi tego co zobaczyłem na tym występie. Historie, które pokazali, były naprawdę solidnie wykonane, praktycznie wszystko (może poza jakimiś drobnostkami) było uzasadniane. Edytowanie scen było w punkt.  Przestrzeń była znakomicie ogrywana, a same historie były bardzo przejrzyste i zabawne. To był kawał naprawdę dobrego impro, które bardzo przyjemnie się oglądało i jeżeli chodzi o techniczne aspekty improwizacji, to był to w mojej opinii najlepszy występ ostatniego dnia festiwalu.

 

 

Finał
Zeszłoroczny Podaj Dźwięk, którego inicjatorem jest Hubert Świątek, zbudował we mnie spore oczekiwania. I warto tutaj zaznaczyć, że muzycznie, czy może instrumentalnie, było świetnie.  Natomiast z samą historią, czy też budową formy, bywało już różnie. W założeniu miał być to muzyczny western, w którym motywem przewodnim był ostatni pociąg ze stacji Gdańsk Wrzesz, na stację wybraną od publiczności, czyli „Przedmieścia humoru”. W samej historii IMO nie było spójności świata. Nie wiadomo było, czy historia dzieje się w czasach obecnych, czy może na przełomie XIX/XX wieku, typowym okresie dla westernów. Również sam odjazd ostatniego pociągu, który był przecież głównym założeniem fabuły, został w pewnym momencie potraktowany po macoszemu. Stawka została obniżona poprzez dodanie kolejnego pociągu. Niektóre sceny nic nie dodawały do historii. Odległość od Stacji Gdańsk Wrzeszcz do Przedmieści Humoru stała się nagle bardzo mała oraz wiele innych drobnych kwestii które obniżały stawkę głównego konfliktu.  Na pochwałę zasługuje tu postaciowanie improwizatorów. W szczególności podobała mi się rola Michała Próchniewicza (Ad Hoc), który był rewelacyjnym wiejskim głupkiem. I chociaż, może wiejski głupek źle brzmi, to właśnie ta postać była jedną z nielicznych, które miały zarysowaną przeszłość i jasną motywację do działania. Również widać było tu stopniową i dużą przemianę głównego antagonisty, w wykonaniu Grzegorza Dolniaka, który również świetnie sprostał tej roli. Piosenki śpiewane przez improwizatorów były bardzo przyjemne, ale nie było tu jakiegoś większego pieprznięcia czy zaskoczenia. Z drugiej strony, za sprawą samej formy, praktycznie w ogóle się nie nudziłem i cały czas byłem ciekawy tego co zaraz nastąpi. Ryzyko, aby dobrze wykonać takie impro jest olbrzymie i pomimo nieścisłości w historii był to bardzo miły obrazek dla oka i momentami bardzo wkręcający musical dla ucha.

Tadeks

Po wszystkich występach, zamiast corocznej niedzielnej „łyżki dziegciu”, odbył się Tadeks, czyli 4 mowy improwizatorów, oraz panel dyskusyjny z udziałem publiczności. Muszę przyznać, że taka formuła, w końcu ma dla mnie sens. O poprzednich łyżkach dziegciu, możecie poczytać np. tutaj… W kontraście od poprzednich „łyżek”, tutaj można było wynieść konkrety z przemówień w jakiejś przejrzystej formie. A sam panel dyskusyjny jest o wiele ciekawszy, gdy biorą w nim udział osoby, które wiedzą o czym mówią. Jedyny drobny element, któremu nad którym bym się zastanowił na przyszłość, to czy jak ktoś z publiczności otrzymuje mikrofon, aby zadać pytanie osobom biorącym udział w panelu, nie powinien mieć maksymalnie jednego pytania, a później znowu czekać w kolejce. Ewentualnie można to jakoś mocniej moderować. Po prostu czasem jak ktoś z publiki dostawał mikrofon, to zadawał po kilka pytań, albo prowadził wywody sam ze sobą ;), co czasem dla mnie było czystym męczeniem buły.

Podsumowując…

O ile w poprzednich latach, na Wiośle bardzo doceniałem różnorodność form… to w tym roku, w tym aspekcie było trochę słabo. Większość występów była solidna, ale czegoś mi tu brakowało. Gdybym miał powiedzieć, czego nauczyłem się po tym Wiośle, to nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy. Być może coś przeoczyłem, a być może nie było tu faktycznie nic porywającego, na tyle, żebym zaczął myśleć „hmmm, może to uzupełniło by mój własny repertuar improwizatora”.

Nie za bardzo rozumiem, biorąc pod uwagę różnorodność polskich grup impro, ciągle wybierany jest bardzo podobny skład grup… w sumie, wróć. Rozumiem. Jeżeli jesteś organizatorem, to chcesz mieć pewność, że ludzie dostaną dobre show, albo chociaż solidne występy, więc dobierasz skład, którego jesteś pewien. Z drugiej strony… brakuje mi tu świeżości. Przecież w improwizacji chodzi też, o podejmowanie ryzyka. Jak to powiedział kiedyś Brad Sherwood. Improwizacja to skok z samolotu i szydełkowanie spadochronu w drodze na dół. I tego mi chyba zabrakło. Nie było tu większego ryzyka, ani ze strony grup, ani ze strony organizatorów, którzy te grupy wybierali.

Same grupy też jakoś specjalnie nie podejmowały ryzyka w doborze form. Brakowało mi tu różnorodności i większego skomplikowania. Chociaż potrafię docenić prostotę danej formy, to tutaj było stanowczo za dużo form opartych na luźnym montażu i liniowych historiach. Praktycznie oprócz występu Pawła Kukli, formy Ad Hoców z „Po” i finału, nie miałem w sobie stanu „O Jezu, czy im się uda?” albo „ale postawili sobie poprzeczkę, co będzie dalej?”.

Myślę, że jak ktoś był po raz pierwszy na Wiośle, to miał okazję zobaczyć kilka świetnych i solidnie wykonanych występów i na pewno był to dobrze spędzony czas. Natomiast dla stałych bywalców, nie było tu większych zaskoczeń, czy momentów „wow”.

Jak zawsze pod koniec, przypominam, że wpis ten jest dyktowany moją miłością do impro, a nie chęcią wytykania błędów, czy dokopania komuś.

WSZYSTKIE ZDJĘCIA SĄ AUTORSTWA ZNAKOMITEGO WOJTKA ROJKA
www.royo.pl
Galerię z Wiosła można zobaczyć tutaj
Please like & share: